Link/ 26 stycznia 2010 / 128 3h30min left

Egzamin mam dzisiaj.

Ale, przebudzona po upiornym śnie o wyjeżdżaniu do Budapesztu, o ósmej czterdzieści, zadzwoniłam do G., a potem do przychodni, żeby pójść po receptę. Umówiłam się na 10.20.

Oczywiście wyszłam jakieś 5 minut za późno, spóźniłam się odrobinkę, pobiegłam na górę i, w celu zorientowania się w sytuacji pytam, kto na 10.10. Panna mówi, że teraz wchodzi ona, bo jest umówiona na 10.30. Inna, że 10.40, a jeszcze inna, że to ona na 10.10. No to poślizg, kwituję, i kiwam głową w stronę dziewczyny z 10.10, że ona teraz wchodzi, tak?

Pacjentka, która była w gabinecie wyszła, co spowodowało wystrzelenie jak z procy panny umówionej na 10.30. Trzasnęły drzwi. Roześmiałam się w głos nad językoznawstwem.

Ciemnogród, jak Boga kocham, ciemnogród. Nie wiem, kto to powiedział, ale powiedział, że dopóki nie nauczymy się w tym kraju sprzątać psich kup, to nie będziemy zarabiać jak na zachodzie. A mentalność: nie poczekam w kolejce, skoro jest poślizg, mam wszystkich w dupie, wchodzę, rozwala mnie na łopatki i wpisuje mi się doskonale w ten sam schemat co: nie posprzątam po swoim psie wyrzucę papier na chodnik, w ogóle nie będę zachowywać się jak człowiek cywilizowany...

Nadzieja coś pisała o estetycznych przyczynach emigracji. Zaczynam rozumieć ten niepokój.

skomentuj 2




Link/ 24 stycznia 2010 / 127 Millennium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

[to nie jest recenzja. to są luźne myśli na temat]

Pierwsze zdziwienie było wtedy, kiedy przyłapałam się na byciu pochłoniętą przez kryminał. Tak, jak nie ma nic trudnego we wciągnięciu się w ten akurat gatunek literacki, tak dziw bierze, że w ogóle sięgnęłam po taką literaturę. Od razu może zaznaczę, że daleko mi do lansowania się na snobkę literacką, a nawet jeśli zdarza mi się sprawiać wrażenie strasznie zarozumiałej i wybrednej czytelniczki (ale chyba jednak nie zdarza), to potrafię się przyznać do zaczytywania się Harrym Potterem i miłości do niejakiej Bridget. Tej Bridget. Jones.

Książkę przeczytałam w trymiga, jako że sprawnie napisana, fajne postaci ma w środku i dużo, dużo akcji, a oprócz tego jeszcze więcej rzeczy, których, jako lamerka kryminałowa, zupełnie się nie spodziewałam.

Dziś włączyłam film. Przytrzymać mnie przy jednym zajęciu na dłużej niż pół godziny to cud. Szybko się nudzę i dekoncentruję, jeszcze szybciej zniechęcam, przeklikuję milionowy raz Internet, robię ósmą herbatę, bo siedem poprzednich wystygło. A tu niespodzianka. Ponudziłam się tylko na początku, a w środku prawie wcale, mimo tego, że wiedziałam, co się stanie (podejrzewam też, że pochłaniało mnie tropienie rozbieżności). Pojawiło się kilka nowych rozwiązań (o usuwaniu wątków nie wspominam, bo to oczywiste). Co mnie zawiodło? Wybielenie Blomkvista. W książce jego postać jest wyraźniejsza, bardziej skomplikowana, nie taka rozlazła. Patrzyłam na Nyqvista w roli Kallego, jak ciepło spoglądał na Salander, która sobie tam śniła jakieś mroczne sny, i aż mi go było szkoda. Uczucie to nie nawiedziło mnie ani razu podczas czytania książki. Wątek wielopiętrowych zdrad też się nie pojawił. No, a może to nie były już zdrady, tylko pozostawanie w wielu wolnych związkach? Nie rozumiem do końca tej nowomowy interpersonalnej. W każdym razie: Blomkvist jeszcze bielszy, Salander jeszcze mroczniejsza, mniej ludzka i bardziej pozbawiona uczuć. Paradoksalnie, w filmie dostajemy wyjaśnienie jej nienawiści do mężczyzn nienawidzących kobiet, co mi się już zupełnie nie spodobało, bo wcisnęło fascynującą Salander w schemat wykorzystywanej pasierbicy, która ma przez to zrytą psychę.

Muszę jednak przyznać, że reżyser ma rękę do doboru aktorów. Pasowali do postaci, które stworzyłam sobie w głowie. To może akurat nie jest kryterium (w sensie, ze moja głowa), ale fizyczność aktora jednak wpływa na to, jak postrzega się postać (mistrzyni truzimu, to ja). W roli sadystycznego kuratora Bjurmana został obsadzony Peter Andersson, aktor o fizjonomii dobrego wujka. I to uczyniło jego postać charakterystyczną i jeszcze bardziej przerażającą. Może zawiodłam sie trochę Eriką, ale wątek Eriki został prawie-że-wycięty, więc krótki żal. Byłam mile zaskoczona scenografią. Czytając książkę miałam ciągle wrażenie, że wnętrza są surowe i jasne, przestronne, a na zewnątrz jest dużo światła. A tu ciemniej, przytulniej w środku, zimniej i na zewnątrz. Więcej półcieni. Przecież tam jest jeszcze mniej słońca niż u nas, co moja wyobraźnia raczyła pominąć, a co percepcja przyjęła z oczywistym: no właśnie.

Cóż. Millennium jest warte uwagi. Nie czytałam jeszcze i nie widziałam kolejnych części trylogii, ale raczej nie zapomnę o tym, żeby do Millennium wrócić. Bo bardzo mnie ciekawi, jaką fantazję na temat Blomkvista ma pan Oplev i dlaczego jest ona tak subtelnie, a jednak zasadniczo inna, niż wizja pana Larssona.

skomentuj 2




Link/ 21 stycznia 2010 / 126 conto da palabra? qué? że jaki zaimek?!

Okazało się, że to con toda palabra i że wizja improve your spanish musi stać się rzeczywistością. Albo moją współlokatorkę należy nauczyć mówić po hiszpańsku, co w sumie wychodzi na jedno.

Czajnik nam się włącza sam z siebie i gotuje wodę. Mamy w planach nauczyć go robić herbatę i zmywać. Kto by pomyślał, czajnik z kerfura w manufakturze, koszt: 30 złotych.

Poza tym (że biegam, załatwiam, ogarniam i siedzę bez celu w necie) szukam jakiejś dodatkowej fuchy. Wieczorny rajd po serwisach z ogłoszeniami jest cudownie rozweselający. Zostań śpiewającym telegramem! [...] Praca łatwa i przyjemna, super zarobki! [koniec ogłoszenia] Dam pracę! [koniec ogłoszenia] Napisz list motywacyjny, jeśli marzysz o czasowej pracy przy wklepywaniu danych do kompa. Albo: szukamy niegrzecznych studentek... Żadna rzeczywistość tego nie przebije. I te maile: jogurcik7, misia564, jacunio.sz. Zostań magazynierem. Kładź się wcześnie spać.

Kominku, myślałam, żeś brzydszy.

skomentuj 2




Link/ 19 stycznia 2010 / 125 out of the frying pan into the fire

Znalazłam sobie nową aplikację do organizacji zadań. Moje życie powinno więc znów wskoczyć na dobre tory, c'nie?
A jakoś nie chce.
Mam też spisaną historię spadania, na kartce wyrwanej z anitowego zeszytu, pozapisywanej we wszystkie strony hasłami rewolucyjnymi i kwotami miesięcznego dochodu. Szukam jakiejś roboty. Odpryskuje mi lakier z paznokci; trzeba eliminować czynniki destrukcyjne z własnego otoczenia. Trzeba się nie bać i ogarniać, iść do przodu mimo wszystko.
Mbank uparcie nie chce mi przysłać hasła do jednego ważnego przelewu. No i dlaczego, ja się pytam? Poza tym uświadomiłam sobie dziś, że zgubiłam telekod, nie otworzę więc rachunku oszczędnościowego, dopóki nie ustawię nowego hasła dostępu do mlinii. W dodatku pluskod mi nie działa i jeśli chodzi o obsługę systemów zdalnie kierowanych, jestem nikim. Nie ogarnęłam się jeszcze na tyle, żeby dać sobie z tym radę. I czarna dziura w temacie planu pracy na luty, i planu zajęć na semestr letni, i planów jakichkolwiek. Źle mi się robi na myśl o tym, co jest dalej niż 28 stycznia.

.
Pierdolę niebranie leków. Wiem, że kiedyś będę musiała je odstawić, ale sesja to nie jest dobra pora na ostrą jazdę bez wspomagaczy.

Aż takim hardkorem nie jestem.


.
.
.
PS A w ogóle, jeśli ktoś jeszcze to czyta, to może się zainteresuje, że zamierzam, jak widać po poprzedniej notce, zrobić ze studia-ziew miejsce o trochę szerszych niż moja rozbuchana emocjonalność, zainteresowaniach. Moje życie przecież między jednym a drugim załamaniem nerwowym i trzydniowym pobytem w łóżku, bywa dość ciekawe, pełne interesujących ludzi, a czasem nawet zdarza mi się przeczytać książkę. I choć zupa wydaje się być lepszym do takich igraszek miejscem, to jednak... wolę odczarować ownloga, zupa niech zostanie sobie tą czarną, smętną polewką.

Rzekłam. Idę się uczyć.
(Facebook się wiesza, blip nie działa. Social media na odsiecz polskim studentom i polskiej sesji?)

skomentuj 4




main / menu / xięga / ownlog